
Koncert PIL w krakowskim Klubie Studio był częścią trasy „This is Not the Last Tour”. Nazwa ewidentnie wzięta z ich wielkiego hitu „This Is Not A Love Song” pokazała, że zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nie zamierza żegnać się z fanami.
A tych w Studio zebrało się sporo, zarówno starzy załoganci z punkowych załóg jak i całkiem świeża młodzież. Wydarzenie, na pewno zostanie w ich pamięci bo było prawdziwe, intensywne i naznaczone charakterystyczną dla Johna Lydona mieszaniną udawanego gniewu, melancholii i tej specyficznej, unikalnej charyzmy.
To był wieczór, w którym legenda post‑punku przypomniała, że PIL to nie muzealna historia muzyki, lecz wciąż żywy organizm i pomimo 70 lat na karku wciąż przyciąga szerokie spektrum słuchaczy. Ujrzawszy przed koncertem dość krótką setlistę liczącą 11 utworów można się było spodziewać dość krótkiego spotkania z legendą post-punka. A tymczasem dostaliśmy ponad dwugodzinny spektakl, utwory rozbudowano niczym progresywne suity.
Dość wspomnieć, że sam „Warrior” trwał 10 minut. Na koniec zespół dodał 3 bisy, ale wcześniej zapowiedział zejście na 3 minuty na papierosa. Po chwili wrócili na scenę z nową energią aby rozbujać publikę między innymi tanecznym „Rise”. Zgodnie z nazwą trasy, potwierdzamy: to na pewno nie była ostatnia trasa PIL. 100 lat John.











