IX Dyktando Krakowskie już za nami. Znamy treść ortograficznego wyzwania

autor CowKrakowie.pl
IX Dyktando Krakowskie już za nami. Znamy treść ortograficznego wyzwania

7 marca w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego odbyło się IX Dyktando Krakowskie. Miłośnicy języka polskiego zmierzyli się z tekstem pełnym ortograficznych pułapek, walcząc o tytuł Krakowskiego Mistrza Ortografii. Poznaliśmy już treść dyktanda i zwycięzcę!

reklama

Sobotnie wydarzenie zgromadziło osoby, które chciały sprawdzić swoją znajomość zasad polskiej pisowni. Uczestnicy pojawili się Auditorium Maximum i przez kilkanaście minut zapisywali tekst przygotowany specjalnie na tegoroczną edycję dyktanda. Nie zabrakło trudnych form, językowych wyjątków i słów, które potrafią sprawić kłopot nawet osobom dobrze znającym ortografię.

reklama

Dla wielu uczestników to nie tylko sprawdzian wiedzy, ale także okazja do wspólnego spotkania wokół języka, który choć codzienny wciąż potrafi zaskoczyć. A kto najlepiej poradził sobie z tegorocznym zadaniem? Wszystko jest już jasne.

"Dyktando krakowskie 2026"

Lista laureatów IX Dyktanda Krakowskiego:

  1. Zdzisława Gruzla (16 bł.)
  2. Joanna Krynicka (18)
  3. Jakub Wasilewski (19)
  4. Maciej Biniszewski
  5. Małgorzata Denys
  6. Tomasz Chrobak
  7. Jarosław Jurkowski
  8. Marcin Ciura
  9. Anastazja Oleśkiewicz
  10. Anna Pietrzak-Borowska

Poniżej publikujemy treść dyktanda:

„Genius loci albo fatalne zauroczenie

W nauce byłem nienajlepszy i nie najbardziej zaangażowany. Tworzyłem haiku, pochłaniałem powieści Joyce’a i Josepha Conrada, grywałem w squasha i żyłem mrzonkami o studiach w Krakowie, zażerając się to chałwą, to halawą, to crème brûlée. Ojciec, zażywny, acz zrzędliwy Pułtuszczanin, wnuk pół-Tuareżki, pół-Abchazki, jako że był pułkownikiem po Wacie, stosował zimny chów i hartował ochoczo mój arcychimeryczny charakter, bym zanadto nie zhardział i nie schamiał. Gdy został attaché, hasał chwacko po świecie. W Compiègne złożył hołd Ferdinandowi Fochowi, a potem hulaj dusza! Słał selfie z wysp Cuszima, przylądka Almadi, Cieśniny Hudsona, pustyni Kara-kum i czort wie skąd jeszcze! À propos czorta…, a zresztą posłuchajcie.

Zaczęło się od błahego challenge’u. Rzekłem sobie: – Cóż szkodzi aplikować na polonistykę, a nuż, widelec się uda. I zdarzył się cud, a po nim wybuch euforii. Skądżeż miałem wiedzieć, że pewna hoża hurysa już rozlała olej na Placu Matejki? Pożegnałem się z chrapliwie rzężącym beagle’em i rzęchowatym, wolnobieżnym Hyundaiem ruszyłem na podbój neohumanistyki.

Gnałem na pierwszy scs., gdy znienacka tuż pod Collegium Novum wychynął zza węgła jakiś hipster à la matejkowski Wernyhora. W rozchełstanej quasiczamarze i krakusce na sczochranej czuprynie wyglądał jak żywe dziedzictwo kultury. – Dokądżeż to pędzisz, bajoku? – spytał mnie ów ultra-Krakowiak, wymachując zszarzałym szalikiem Cracovii. – Studia to nie chyży chart, nie uciekną. Chodźżeż ze mną, poczujesz tętno miasta. – I podśpiewując „Gaudeamus igitur”, zaczął mnie włóczyć po drink-barach, fast foodach, jazz clubach – od Vis-à-vis przez Hawełkę do Klubu pod Jaszczurami. Nie dał się odwieść od rundki po muzeach: MOCAK-u, MuFo i Mangdze. Z Melpomeną też weszliśmy w zażyłość. W drodze do teatrów Variété i STU, nużąco ponaglał: – Ruszżeż się, chacharze, katharsis samo się nie przeżyje.

Półtrzecia tygodnia przed sesją nasze chilloutowe joint venture z nagła się rozpadło, a mój druh sczezł jak kamfora. Przytłoczony hałdą nieprzeczytanych lektur czułem się jak zhańbiony grzesznik wyjęty wprost z „Boskiej komedii” Dantego Alighieri. Przełączyłem się w tryb last minute: czytanie na wyrywki, hektolitry Tchibo i Coca-Coli oraz survivalowa [surwiwalowa] ekspres-dieta: popcorn, miks orzeszków koli i pinii oraz Lay’sy, których okruszki przyprószały efekt twórczy Rabelais’go i Boccaccia. Na próżno – miszmasz w mojej głowie osiągnął stan klęski żywiołowej. Pod Kościołem Mariackim wsiadłem z głupia frant do dorożki i nagle – eureka! [heureka!] A co by było, gdybym zawarł faustowski pakt z Mefistem? Jeszczem [Jeszcze-m] tej myśli nie skończył, gdy krępe półhucuły, pełne energii dzięki krzepiącej rzodkwi z Korzkwi i niezeprzałej samopszy z Rozprzy, stanęły dęba i w diabelskim szale poniosły powóz w stronę ulicy [ul.] Floriańskiej. Pod Pomnikiem Grunwaldzkim jedna z podków wpadła w poślizg, koń zachybotał, zahaczył chomątem o hydrant. Strumień wody wystrzelił wraz ze mną wzwyż. Omalże zderzyłem się z Kometą Enckego, a gdy spojrzałem w dół, dostrzegłem świeżo stężały śryż na jeziorze Świerzno, płochacze halne pod Hawraniem i brzuch strongmana, który, o dziwo [o dziwo!], chlubnie chudnie w schludnym Hłudnie.

Finał? Ból, gips i „kampania wrześniowa”.”

Te artykuły mogą Cię zainteresować:

Łagiewniki z lotu ptaka. Sanktuarium Bożego Miłosierdzia na zdjęciach z drona

Gdzie są toalety w Krakowie? Mapa miejskich szaletów ułatwia ich znalezienie

Wielkie sprzątanie po zimie. Krakowskie MPO w akcji

"Dyktando krakowskie 2026"
reklama
Załaduj więcej powiązanych artykułów
Wczytaj więcej Aktualności